Cz III SZLACHTA POMORZA I KASZUB

ROZDZIAŁ I

Podążmy po śladach

  • wychodzących z kaplicy w Skarpie, będącej grobem

bydgoskiego ułana Andrzeja Prądzyńskiego z półksiężycem w herbie.

SZLACHTA POMORZA I KASZUB

  • na przykładzie Prądzyńskich

  • herby szlacheckie w Borzyszkowych

konie – świat Andrzeja Prądzyńskiego

 2.1 „Ułan” - Andrzej Aubracht Prądzyński

Porucznik 16 Pułku Ułanów Wielkopolskich z Bydgoszczy.

Twórca pomorskiej hodowli koni pełnej krwi angielskiej.

W latach 1945 – 1947 odzyskał z niewoli niemieckiej, ocalił przed niewolą angielską, następnie sprowadził do Polski prawie wszystkie polskie konie szlachetne ukradzione przez hitlerowców (kilka tysięcy).

Przedwojenny właściciel dóbr szlacheckich w Skarpie, pod Tucholą, hodowca koni.

Potomek potężnie rozbudowanego rodu szlacheckiego mającego początek na Pomorzu, w Prądzonie między Chojnicami a Bytowem.

Ten ród był współ-fundatorem drewnianego kościoła w Borzyszkowych, aktualnej europejskiej perełki zabytkowej w Polsce. Znajdują się tam pięknie złocone herby szlachty polskiej z półksiężycem, ostatnio odnowione przez Pracownię Konserwacji Zabytków w Toruniu.

Na drzewie genealogicznym jego rodu „wisi” wiele znanych autorowi nazwisk rodzin z Polski, Niemiec, Szwecji i innych krajów europejskich, amerykańskich, australijskich.

Powtarzają się tu nazwiska Prądzyński, Rakowski, Ossowski, Krause....

Część z nich to mieszkańcy Bydgoszczy, Tucholi, Chojnic, Bytowa.....

(Aktualizacją „drzewa” i jego publikacją zajmuje się, między innymi, urodzony w Bydgoszczy Martin Krause, zamieszkały poprzednio w Berlinie, obecnie z adresem szwedzkim. www.krama.de )

rys. 2.1.R.01 Andrzeja Aubracht Prądzyński  

rys. 2.1.R.02 Herb: Pradzyński Aubracht

Okres przedwojenny

Andrzej Prądzyński ze Skarpy, ukończył gimnazjum humanistyczne w Bydgoszczy. Uczęszczał następnie do Szkoły Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu. Ukończył ją w 1933 roku. Studia rolnicze odbył we Lwowie. Tam stał się zapalonym miłośnikiem koni. Każdą wolną chwilę spędzał na lwowskim torze wyścigowym. Poznał tam wielu znanych galicyjskich hodowców koni pełnej krwi angielskiej. Z Lwowa sprowadził do Skarpy cztery klacze pełnej krwi angielskiej. Dały one początek stadninie tej rasy na naszym terenie. Praktyki rolnicze, hodowlane odbył w wielu wzorowych majątkach. Wrócił do Skarpy i pracował jako rządca w majątku swojego ojca. Andrzej przejął majątek w Skarpie po swym ojcu Lucjanie w styczniu 1939 roku.

Okres drugiej Wojny Światowej

Wybuch II wojny światowej zakończył jego działalność w Skarpie. Na wojnę wyruszył z Bydgoszczy jako oficer 16 Pułku Ułanów Wielkopolskich.

Po wkroczeniu Niemców aresztowano rodziców Andrzeja: Antoninę i Lucjana Prądzyńskich. Ich pro-polska aktywność była Niemcom dobrze znana. Wywieziono ich do obozu w Karolewie niedaleko Więcborka. Tam w październiku 1939 roku zostali oboje rozstrzelani. Leżą we wspólnej mogile 1.400 ofiar mordu hitlerowskiego.

W czasie wojny Andrzej przebywał w oflagu. Nie skupimy się tu nad jego wojennymi przeżyciami. Są podobne do znanych nam, naszych ojców i dziadków. Opisywano je wielokrotnie. Wyodrębnijmy wątek koni.

Wytrwałemu miłośnikowi koni, pomimo wojennych trudności, udało się otrzymywać różnymi wielce skomplikowanymi drogami tygodnik „Wochenrennkalender” czyli tygodnik wyścigów konnych. To niemieckie czasopismo zawierało też informacje o koniach pełnej krwi angielskiej. W tygodniku tym z niemiecką dokładnością podawano skąd zostały sprowadzone i w czyich stajniach przebywały kradzione w Polsce konie. Andrzej przez całą wojnę prowadził w zeszytach rejestry tych koni. Zeszyty te dostępne są do dziś. Spis prowadzony jest alfabetyczne, z licznymi doklejonymi kartkami. Zaczyna się od ogiera Albion Kid, a kończy na klaczy Zatoka. Wykazy zawierały dane dotyczące każdego konia. Wymienione są: płeć, rok urodzenia, imię, pochodzenie czyli imiona rodziców, z czyjej hodowli koń pochodzi oraz aktualne miejsce jego pobytu. Andrzej notował także starty na wyścigach w poszczególnych latach, ilość wygranych i wysokość kwot zarobionych dla ówczesnego właściciela. W zeszytach umieścił także nazwy koni urodzonych po klęsce wrześniowej, tj. w 1940 i w latach późniejszych, a stanowiących przychówek polskich koni.

Wymieńmy kilka koni pochodzenia polskiego, sławnych z tego okresu.

Jednym z najlepszych koni był Sandling. Ogier ten został sprowadzony z Anglii w 1938 roku przez pana Czarneckiego do stadniny w Strzelcach. Okupanci zabrali go do stajni wyścigowej w Berlinie. W ciągu 3 lat startów zarobił 58.200 marek.

Inny koń Silver Archer , też ogier, z hodowli Golejewko wywieziony został do Lipska. W roku 1943 w biegach płaskich zarobił 11.400 marek, a w konkursach z przeszkodami 13.000 marek.

Andrzej Prądzyński, polski oficer przebywający w oflagu zebrał dane o blisko 1.000 koniach pełnej krwi angielskiej wywiezionych z Polski. Większość tych koni została przewieziona do stajni SS oraz wojska. Niektóre trafiły do prywatnych stajni lub niemieckich stadnin hodowlanych.

Pod koniec wojny oraz krótko po jej zakończeniu, dane o koniach udało mu się uzupełnić różnymi, na ogół krętymi drogami przy współudziale kolegów oficerów z oflagu, także koniarzy Niemców, personelu polskiego zatrudnionego w niemieckich stajniach oraz przy pomocy Anglikow.

W czasie wojny komendantem stadniny Racot w województwie poznańskim był niemiecki komendant rotmistrz Clemens Freiherr von Nagel-Dor-Nick. W latach dwudziestych był on jednym z czołowych niemieckich jeźdźców w konkursach hipicznych. Konie były więc pod dobrą opieką niemieckiego fachowca.

Docenił fachowość polską. Gdy dostał rozkaz przeniesienia tej stadniny do Niemiec w Grabau pod Lubeką zabrał nie tylko konie ale także masztalerzy wraz z ich rodzinami. Z fantazją, zdawałoby się nie niemiecką, ściągnął także do Grabau orkiestrę 17 Pułku Ułanów z Leszna. Byli to polscy podoficerowie, którzy po klęsce wrześniowej wrócili do rodzin. Na terenie Niemiec, w Grabau pielęgnowali konie a w niedziele grali panu rotmistrzowi do obiadu. Rotmistrz Clemens w otoczeniu polskich fachowców od koni, nie tylko nauczył się języka polskiego, ale spowodował, że marsz 17 Pułku Ułanów z Leszna stał się marszem niemieckiej stadniny w Grabau. Bez wiedzy GESTAPO i Hitlera?

Okres po 1945 roku – obrona koni polskich przed niewolą angielską

W dniu 2.05.1945 roku wojska angielskie oswobodziły Lubekę i przy okazji obóz jeniecki.

Już 3.05.1945 w Grabau znalazł się porucznik Eustachy Sapieha, który świetnie władał językiem angielskim. Wkrótce znalazła się też tam większa grupa polskich oficerów z pułkownikiem Rozwadowskim na czele. Witali ich zatrudnieni przez Niemców polscy masztalerze.

Polscy oficerowie w sposób spontaniczny, odważny i zupełnie nieformalny utworzyli w Grabau organizację „Polskie Stadniny w Niemczech” usankcjonowali niejako jej istnienie w porozumieniu z angielskimi władzami okupacyjnymi.

W Bad Oldesloe, miasteczku oddalonym od Grabau o 6 kilometrów mieściła się angielska komendantura wojskowa. Polacy zgłosili się tam i przekazali dokumenty utworzenia organizacji „Polskie Stadniny w Niemczech”.

Szefem tej organizacji oraz komendantem stadniny w Grabau został podpułkownik Rozwadowski.

Anglicy nie zachowali się najlepiej. Po paru dniach przybył do Grabau angielski pułkownik z oficjalnym pismem angielskich władz okupacyjnych uznającym wszystkie konie w Grabau za angielską zdobycz wojenną.

Podpułkownik Rozwadowski stanowczo odmówił wydania koni przedstawiając niepodważalne dowody na to, że są to polskie konie wywiezione przez okupanta, a więc własność Polski. Anglik nie wydawał się być przekonany pomimo dokładnego sprawdzenia wszystkich dokumentów z opisem każdego konia.

Gorączkowo rozważano jakiego fortelu użyć, aby Anglik nie czuł się urażony odmową, aby nie wrócił rozgniewany w towarzystwie policji wojskowej. Pułkownika angielskiego goszczono po polsku. Nie przeszkadzał mu brak angielskiej bezalkoholowej owsianki. Chłodny Anglik czuł się znakomicie wśród polskich znawców koni, bawiony interesującą, „zakropioną po polsku” rozmową na ulubiony przez niego temat.

Anglika, z nieodłączną trzcinką pod pachą, oprowadzano po stajniach. Zatrzymał się przy pięknym ogierze koloru kawy z mlekiem imieniem Berber. Anglik, też znawca koni, uznał, że Berber to koń afrykański, a nie polski. Porucznik Sapieha przyznał, że ogier pochodzi z Afryki. Dodał, że dosiadał go osobiście niemiecki generał Rommel i na nim odbierał defiladę wojsk niemieckich w Afryce.

Tu nastąpił moment przełomowy. Polscy oficerowie odetchnęli z ulgą. Anglik zgodził się na zaniechanie pretensji do polskich koni pod warunkiem otrzymania na własność Berbera.

Tak to udało się zmiękczyć angielskiego pułkownika, choć opowiastka o udziale Rommla w życiorysie konia była zupełnie zmyślona. Berber, pustynny afrykański ogier, był jednym z kilkunastu ogierów zakupionych w Afryce w latach trzydziestych przez stadniny polskie. Celem było uszlachetnienie stada. Berber, awansowany przez por. Sapiehę na konia generalskiego, zapobiegł przejściu innych polskich koni z niewoli niemieckiej do niewoli angielskiej.

Okres półprywatnych działań Polskich Stadnin w Niemczech skończył się po przybyciu płk. Stefana Zamoyskiego, bohatera spod Narwiku. Był oficjalnym przedstawicielem rządu londyńskiego w kwaterze głównej wojsk okupacyjnych, oficerem polskich sił zbrojnych na zachodzie. Został wyznaczony szefem organizacji „Polskie Stadniny Wojskowe w Niemczech”, utworzonej w porozumieniu z brytyjskimi władzami wojskowymi. Jej zadaniem było zbieranie w Niemczech wszystkich polskich koni, nie tylko hodowlanych, ale także roboczych. Pomimo wszelkich różnic, Londyn z Warszawą w sprawie koni miał jednakowe zdanie. Poprzednio utworzone w Grabau „Polskie Stadniny w Niemczech” stały się w naturalny sposób częścią „Polskich Stadnin Wojskowych w Niemczech”.

Do akcji poszukiwań koni zostali wciągnięci inni Polacy przebywający w Niemczech, między innymi Major Henryk Harlanda, lekarz weterynarii. Objęto stadniny SS z polskimi końmi. Część koni udało się odzyskać. W Lavenburg nad Elbą znaleziono kartoteki zgrupowań Treuhanderów, którzy ewakuowali się z Polski. Do różnych wybranych miejscowości por. Pradzyński udawał się z zaprzyjaźnionym oficerem z angielskiej komendantury, jego samochodem. Znajdywały się spisy, prowadzone z niemiecką dokładnością. Nikt nie śmiał pytać ani zatrzymywać. Niemcy nie czuli się pewnie.

rys. 2.1.R.03 Przed zamkiem w Grabau w Niemczech

   Przez cały rok 1946 polskie konie wracały do kraju drogą morską.. Transportowano je małymi statkami, na których mieściło się po około sto koni. W ten sposób odpłynęło z portu w Lubece w tym roku 1600 koni.

Na przełomie 1946 i 1947 roku włączyli się do akcji przedstawiciele z Polski. Przyjechała specjalna delegacja z generałem Leonem Bukojemskim. Generał wręczył porucznikowi A. Prądzyńskiemu worek pieniędzy. Po prostu - worek marek, bez ich liczenia. Marki okazały się niezwykle skuteczne. Umożliwiły „ułanom polskim” dokonanie ostatnich największych transakcji. Zamieniano konie robocze łeb w łeb na konie hodowlane stadniny spod Hanoweru użytkując marki z worka generała na dopłaty.

Organizacja „Polskie Stadniny Wojskowe w Niemczech” weszła w stan likwidacji w 1947 roku. Inż. Andrzej Prądzyński był jej ostatnim komendantem i likwidatorem.

rys. 2.1.R.04 W Polskiej Stadninie Koni Racot

rys. 2.1.R.05 Rtm. Aleksander Rostworowski w Grabau, Niemcy

W sierpniu 1947 roku Andrzej Prądzyński wrócił do kraju z ostatnim transportem dwóch setek odzyskanych koni. Decyzja powrotu nie była łatwa. Zamiar pracy dla Polski kłócił się z obawą o własne bezpieczeństwo. Prowadzono długie i żywe dyskusje. Stosunek władzy radzieckiej do klasy nie robotniczej i nie chłopskiej, do przedwojennych oficerów, także Polaków z zachodu Europy, był wiadomy. Wymarzona wolna i samodzielna Polska okazywała się złudzeniem.

Nie wszyscy wrócili. Nie wszyscy, którzy wrócili – przeżyli.

Inż. por Andrzej Prądzyński, wbrew swoim zasługom dla Polski, został po powrocie potraktowany jako wróg władzy ludowej. Nie odzyskał majątku. Także później po przemianach sierpniowych i po okresie „Solidarności” w rzeczywiście wolnej Polsce.

W roku 1947, po powrocie, w wyniku dekretu o reformie rolnej i drakońskich zarządzeń dotyczących przedwojennych wielkoobszarowych właścicieli ziemskich nie mógł się nawet pokazać w powiecie sępoleńskim i w niegdyś swoim majątku w Skarpie.

Utrzymywał się przy życiu pracą w stadninach końskich, następnie hodował pieczarki.

Po przeniesieniu się do Warszawy pracował w Ministerstwie Handlu Wewnętrznego, następnie w Orbisie.

Po przejściu na emeryturę pozostał wierny swojemu końskiemu hobby. W organizacjach związanych z hodowlą koni szlachetnych pracował społecznie. Było go widać na torach wyścigowych. Bardziej w stajniach niż na trybunach. Działał w Polskim Towarzystwie Ziemiańskim, w Fundacji na Rzecz Tradycji Jazdy Polskiej w Grudziądzu i w innych organizacjach.

Był lubiany i szanowany. Miał jednak trudności z wejściem w tzw. układy personalne, bez których w naszym kraju nie podejmuje się ważniejszych decyzji gospodarczych i własnościowych. Dlatego pomimo nieustannych starań, trwających do końca jego życia, nie udało mu się załatwić pozytywnych decyzji centralnych w sprawie zakupu choćby części swojego dawnego majątku w Skarpie. Nie pomogły posiadane środki finansowe. Kłóciłoby się to z interesem niektórych innych grup, mających lepsze wpływy.

Zrobił swoje. Mógł odejść.

Żył lat 95. Pochowała go piąta żona. Ustawił wysoko poprzeczkę dla żyjących z rodu.

11.2 Wojny z półksiężycem

[1], [46]

Wśród licznych publikacji, z których autor korzystał, wyróżnia się niezależnością i kompletnością książka Józefa Tretriaka, „Historia Wojny Chocimskiej” ( Krakowska Spółka Wydawnicza, 1921)

Komentarze różnych kronikarzy nie tylko polskich, ale także spoza Polski, europejskich, cytowanych przez tego autora doskonale ilustrują „nierząd”, ale także „demokrację” polsko – szlachecką, które doprowadziły potężną niegdyś Rzeczypospolitą do rozbiorów.

Kronikarze zauważają także coś pozytywnego - początek demokracji europejskiej, niestety zgubnej w tym okresie dla Polski.

Zachowano fragmentami styl i pisownię autora w opisach podanych poniżej.

11.3. Najazdy tatarskie

Najazdy tatarskie stanowią jedną z najsmutniejszych kart historii Polski. Konieczność nakazywała dobyć wszystkich sił, aby skończyć z wrogiem, który czyhał na pierwszą sposobność, aby wpaść do Polski, palić, grabić, mordować, a potem ujść bezkarnie przed nadchodzącą obroną.

Za Zygmunta III patriotyczne głosy rozsądku nawoływały do działania:

  • Wereszczyński w piśmie „Publika” i innych,

  • Grabowski w piśmie „Polska Niżna”,

  • W Palczowski – „O Kozakach”,

  • Starowolski – najgoręcej w różnych okolicznościach,

do zupełnego zniesienia Tatarów perekopskich lub przynajmniej do uregulowania obrony granicznej za pomocą wojennej kolonizacji.

Ale ogół szlachecki w Polsce leniwy z nałogu do wszelkich wysileń wojennych, które mu przerywały spokojne używanie złotych swobód i wczasów, spoglądał na te napady jak na klęskę, której radykalnie nie można było zaradzić.

Gdyby najazdy tatarskie jednakowo dawały się odczuwać całemu narodowi, byłoby się może prędzej czy później powszechnie wyrobiło przeświadczenie o konieczności ostatecznego rozprawienia się z Tatarami, ale nie, klęska ta spadała zawsze na jedne i te same prowincje; inne wolne od niej, nie brały jej tak żywo jak tamte do serca, tembardziej, że niepodległości państwa napady te zdawały się nie zagrażać.

Rząd nie znajdował innej rady nad bezskuteczne skargi wytaczane przed dworem tureckim i nad ujmowanie Tatarów upominkami i nie czuł jak to nadwyrężało jego powagę.

Hetman Ziólkowski pisał do króla Stefana Batorego: Jako historie piszą od trzech setek lat siła nam szkodzi ten nieprzyjaciel....

11.4. Zmienna, polsko – turecka zależność Mołdawii – Wołowszczyzny

Zależność Mołdawii, zwanej powszechnie Wołowszczyzną, od Polski sięga bardzo dawnych czasów, i wypływa z geograficznego jej położenia, niskiego stopnia kultury i politycznej słabości. Oddzielona od Rusi polskiej łatwym do przebycia Dniestrem, związana z Polską stosunkami handlowymi, znacznie słabsza politycznie, a mająca wspólnych z Polską nieprzyjaciół, naprzód w Tatarach, a potem w Turkach, musiała garnąć się pod opiekę bliskiego, a silnego organizmu politycznego, jakim już była Polska w zawiązkach hospodarstwa wołoskiego.

Toteż już pierwszy wojewoda mołdawski Dragosz składa hołd Kazimierzowi Wielkiemu.

Za Władysława Jagiełły hołdownictwo to utrwaliło się, ale polityka jego następców, począwszy od Kazimierza Jagiellończyka, nie umiała skorzystać z tego utrwalenia i wobec groźnie wzrastającej potęgi tureckiej i wynikających stąd zawikłań na wschodzie, okazało się nieudolną do stałego utrzymania Mołdawii w ścisłej zależności od Polski. Kazimierz Jagiellończyk, zaniedbując bronić północnych brzegów Morza Czarnego, pozwalając Bajazetowi II zająć w roku 1484 Kilję i Białogród i w pięć lat potem zawierając z nim traktat, sam przygotował niejako przewagę półksiężyca w Mołdawii. Zaraz też ze śmiercią jego zmienił się stosunek Mołdawii do Polski. Wojewoda Stefan Wielki, świadek zwycięstw Bajazeta II, nie widząc w Polsce dostatecznej siły do powstrzymania zaborczego oręża osmańskich władców, zwrócił się z hołdem do najstarszego Jagiełłowicza, Władysława, zasiadającego na tronie węgierskim i czeskim. Niezręczna polityka Olbrachta, jego nieszczęsna wyprawa wołoska, jeszcze gorsze miała następstwa, bo popchnęla wojewodów mołdawskich do szukania sprzymierzeńca w nieprzyjacielu krzyża, a na Polskę straszliwe ściągnęła spustoszenia i zmusiła króla polskiego do milczącego zrzeczenia się zwierzchnictwa nad Mołdawią: w traktacie Stefana z Janem Olbrachtem w 1499 o hołdzie nie ma ani wzmianki. Pomimo to Zygmuntowi I otwierały się widoki ścisłego skojarzenia Mołdawii z Polską za pomocą związków małżeńskich: następca Stefana, Bohdan prosił o rękę jego siostry Elżbiety. Ale Zygmunt nie nalegał na siostrę, aby poświęciła osobiste upodobania dla dobra kraju, a Elżbieta nie chciała odegrać roli Jadwigi. Bohdan jako chłop sprośny i jednooki nie podobał się pannie, a następstwem tej odmowy było, że w kilka lat potem (1512) uznał się hołdownikiem Turcji.

W pół wieku później groził Mołdawii jeszcze smutniejszy los; wojewoda Stefan VIII chciał przyjąć Islam i poddać Mołdawię pod bezpośrednie panowanie Turcji. Oburzeni tym bojarowie wezwali pomocy Mikołaja Sieniawskiego, hetmana polnego, pilnującego południowych granic Polski. Sieniawski wkroczył do Mołdawii i nie czekając rozkazów królewskich osadził na tronie hospodarskim Aleksandra IV. Ten przykład samowolnego osadzania hospodarów na tronie mołdawskim znalazł niebawem gorliwych naśladowców w możnych awanturnikach, jakimi się wówczas roiła Polska. Niektórzy z nich męczeńską śmiercią przypłacili awanturnicze swe wyprawy, jak Dymitr Wiśniowiecki, który zginął w Stambule na haku, ale nie wystraszyło to innych od wypraw podobnych.

Dworowi polskiemu pokojowe stosunki z Turcją nakazywały zachowanie się neutralnie wobec tych wypraw.

Nieraz za Zygmunta Augusta oświadczali hospodarowie gotowość złożenia hołdu królowi i koronie polskiej, ale rząd królewski nie korzystał z tego, aby nie naruszać dobrych stosunków z Turcją, która się uważała za zwierzchniczkę Mołdawii. Stefan Batory, który po części tureckiemu wpływowi zawdzięczał wyniesienie na tron polski, i na którego Porta spoglądała jakby na nowego lennika, nie przeczuwając jego tajemniczych zamiarów, zmuszony był nawet śmiercią ukarać kozackiego watażkę Iwana Podkowę, który za przykładem panów polskich pokusił się o tron hospodarski.

Za Zygmunta III zmienił się stosunek Mołdawii do Polski na korzyść tej ostatniej, ale nie na długo. Jan Zamojski, jakby realizując tajemne plany Batorego, dwiema wyprawami wołowskimi odzyskał zwierzchnictwo polskie nad Mołdawią, a kusił się nawet o wciągnięcie Multan w zakres tego zwierzchnictwa, tak zaś umiał korzystać ze współczesnych konstelacji politycznych i z wrogiego stanowiska względem Turcji Michała Wielkiego, wojewody multańskiego, rojącego o utworzeniu jednego państwa Multan, Mołdawii i Siedmiogrodu, że to rozpostarcie przezeń zwierzchnictwa polskiego nad Mołdawią, na której tronie osadzony był przyjazny Polsce dom Mohyłów, nie wywołało ze strony Turcji zbrojnego oporu. Ale po śmierci Zamojskiego nie długo utrzymało się zwierzchnictwo polskie w Mołdawii. Tron mołdawski stał się znowu celem awanturniczych wypraw, które na własną rękę przedsiębrali (1612 i 1615) zaprzyjaźnieni i spokrewnieni z Mohyłami – Wiśniowiecki, Korecki i Potocki, a które zakończyły się krwawą klęską przez Turków im zadaną. Ale jakkolwiek wyprawy te drażniły Portę, pobudzały ją do zemsty, do puszczenia swoich chartów ze smyczy, nie dolegały jej jednak tak bardzo, aby się czuła zmuszona wbrew tradycyjnej polityce zwrócić zaborczy oręż na Polskę. Dokazały tego dopiero morskie najazdy kozackie, które tem były dla Turcji, czem napady Tatarów dla Polski.

11.5. Bezradność Polski wobec samowoli Kozaków

Najazdy kozackie były tym dla Turcji, czym napady Tatarów dla Polski.

Niż dnieprowy o rozległych przestrzeniach wodnych, o wielkich wyspach porosłych lasem i sitowiem, o licznych i groźnych kataraktach, zabezpieczających go od wtargnięcia obcej flotylli, o mnóstwie niedostępnych kryjówek i przesmyków, był nie tylko wybornym schronieniem, legowiskiem dla wojennej drużyny kozackiej, która od niego otrzymała nazwę Nożowców albo Zaporożców, ale zarazem szkołą morską dla nich i dostarczał materjału do szczególnego rodzaju flotyli, jaką posiadali.

Były to lekkie, ale obszerne łodzie, mogące pomieścić od 50 do 70 ludzi. W podstawie tego statku była łódka, wydrążona z wierzbowego lub lipowego drzewa, długa na stóp przeszło 40, wierzchnia zaś część statku do tej łódki przytwierdzona a rozszerzająca się i wydłużająca w miarę wysokości, zbudowana była z desek, mocno spojonych i oblanych smołą, i wokół jakby wieńcem otoczona grubym splotem trzcin, które broniły statku od zatonięcia, kiedy zbyt wiele wody nabrało. Wysokość tych łodzi sięgała do 10 – 12 stóp, długość ich dochodziła stóp 60. Z powodu tak wielkiej długości powoli się obracały, ażeby temu zaradzić, Kozacy dawali im po dwa stery po obu końcach statku. Z każdej strony łodzi pracowało od 10 do 15 wioseł, a wtedy łódź łatwo prześcignąć mogła turecką galerę. Mieli też maszty i żagle, ale te ostatnie, dość liche, używane były tylko podczas odpowiedniej pogody.

Kiedy wyprawa morska miała być przedsięwzięta Kozacy, a byli to na ogół młodzi ochotnicy, dzielili się na oddziały, zwykle po około 60 ludzi. Każdy taki oddział budował statek. Budowa trwała około 2-3 tygodni. Miejscowe lasy i trzciny dostarczały surowca dowoli. Potrafiono w ciągu kilkunastu dni stworzyć flotylę w ilości nawet osiemdziesiąt i stu łodzi. Tego rodzaju armia morska potrafiła liczyć około pięć tysięcy wojowników – korsarzy. Wyprawy wypływały na ogół po Św. Janie, kiedy morze Czarne było najspokojniejsze. Choć zdarzał się także wybór innej pory wiosennej.

Często w nocy trzeba było ominąć czatujące na nich u ujścia woskowe galery tureckie. Nie zawsze się to udawało.

Łodzie kozackie wystawały na 2 ½ stopy na wodą. Sunęły szybko i cicho. Zwykle na trzeciej z kolej łodzi przebywał dowódca wyprawy. Powiewała tam flaga. W ciągu 36 do 40 godzin dobijały do brzegów Natolji.

Grabiono tureckie bogatsze miasta czarnomorskie, które zaskoczone stawały się zwykle łupem kozackiej wyprawy.

Łupiono także galery tureckie spotkane na morzu. Podpływano wieczorem pod słońce, starając się nie być zauważonym. Atak przypuszczano w nocy. Szybko podpływano, otaczano ofiarę. Atakowano nim galera zdołała się działami obronić. Zwykle po grabieży zdobyty statek topiono wraz załogą.

Oto relacja tureckiego historyka Naima:

Nie ma zuchwalszego narodu od kozaków, mniej dbającego o życie, mniej czującego wstrętu do śmierci. Hałastra ta zręcznością i odwagą straszniejsza jest niż jakikolwiek inny naród.

W wyniku obrony Turków, szczególnie przy użyciu armat, kozacy ponosili duże straty.

Wg francuskiego historyka Beauplana (Decription d’Ukraine, Paris, 1661 str. 58):

Nie więcej niż jedynie trzecia część lub co najwyżej połowa ich mogła się po takim wypadzie cieszyć zdobytym łupem.

Najtrudniejszą rzeczą był powrót na Sicz. Pod Oczakowem na wracających czatowała flota turecka. Pod prąd trudniej było przemykać się niepostrzeżenie. Często wybierano inne drogi powrotu. Zatrzymywano się 3-4 mile na zachód od Oczakowa. Był tam płytki liman morski. Wysiadano na brzeg i brzegiem ciągniono łodzie w górę. Powyżej Oczakowa przeciągano je do Dniepru.

Przy dużym zagrożeniu ze strony Turków wracano także dłuższą, bezpieczniejszą drogą przez morze Azowskie, a potem rzeką Mius w górę, lądem (około mili), do miejscowości Taczawody, a potem przez Samurę do Dniepru, powyżej porohów.

Zdobyty łup to: różne rodzaje broni, reale hiszpańskie, cekiny arabskie, drogie kobierce, złoto, jedwabne materiały i inne wyroby wschodnie. Ukrywano je w labiryntach wodno bagnistych, tam gdzie budowano łodzie. Miejsce to nosiło nazwę „skarbnicy wojskowej”.

Po wojnie moskiewskiej ilość Kozaków wzrosła. W roku 1613 dwa razy z doskonałym skutkiem puszczali się na Morze Czarne łupiąc miasta krymskie. Pokonali krwawo flotę turecką, która się na nich zaczaiła pod Oczakowem. Sława tego zwycięstwa rozniosła się po Ukrainie i stała się wabiącą zachętą dla ludzi ukrainych. Podążano na Niż.

W roku 1614 Kozacy, trzymający się dotychczas północnych brzegów, przedsięwzięli próbę przepłynięcia Morza Czarnego do brzegów azjatyckich. Pierwsza wyprawa, na wiosnę, była nieudana. Burza potopiła ich łodzie. Wyrzuconych na brzeg pojmali Turcy.

Druga wyprawa w sierpniu była nadzwyczajnie udana. Przepłynąwszy morze Czarne znaleźli się pod murami Synopy. To miasto bogate i ludne, nazwane „miastem kochanków”, nie wiedziało co to wróg od początku władzy osmańskiej. Stało się łatwym łupem. Kozacy, w liczbie około 2000, zrabowali miasto, wymordowali załogę, spalili miasto i uszli unosząc łup i niewolnika.

Tu historycy się różnią co do wartości łupu.

Szajnocha ocenia przesadnie wartość łupu na 40 milionów.

Sękowski koryguje – tak wysoko oszacowali Turcy swoje straty w Synopie, a nie łupy kozackie.

Odzew Porty

W Konstantynopolu zapanowało przerażenie. Zgodnie z decyzją cesarza Achmeta I zdecydowano ukarać Polskę. Belerbeg rumelski zebrał wojsko i ruszył na Ukrainę przeciwko Rzeczypospolitej. Polska szykowała już obronę. Jednak zagrożenie wojny Turcji z Persją powstrzymały zemstę Porty i działania zbrojne mające ostatecznie załatwić problem.

Kozacy nie przerwali wypadów. Rosną w siłę. Pokonują Turków w otwartych bitwach morskich. Biorą do niewoli ich wodza. Palą galery.

Porta ponownie postanawia przedsięwziąć wyprawę przeciwko Polsce, zdobyć Kamieniec, osadzić Mołdawię Turkami, zająć ruskie kraje (obecnie pod panowaniem Polski) między Dniestrem a Dnieprem. Z realizacją poważniejszych działań wstrzymują się na razie z uwagi na wojnę z Persami.

Organizują doraźne wyprawy Ibrahima Paszy na kozackie kresy Polski. Są one udane. Pozwalają zdobyć Zaporożec. Turcy nie utrwalają zdobyczy. Wycofują się nie osadzając tam załogi tureckiej.

Porta wstrzymują się na razie z organizacją wyprawy przeciwko Polsce.

Polska zostaje jednak ukarana za niedostatek władzy nad zbójeckimi ludami objętymi nieskuteczną władzą królewską

Następują masowe i dokuczliwe napady Tatarów. podszczutych przez Portę.

Mordy, grabieże i pożary objęły Ukrainę, Wołyń i Podole.

Liczne zabiegi dyplomatyczne, krótkie wyprawy zbrojne nie dają rezultatów. Polska nie potrafi lub nie chce zebrać odpowiedniej siły dla poskromienia Kozaków. Nie potrafi zachować warunków niezbędnych dla zapobieżenia wojny z Turcją.

W roku 1618 nastąpiły dwa krwawe najazdy Tatarów na Polskę. Państwo nie potrafiło skutecznie zareagować. Nie było ogólnopolskiej solidarności szlacheckiej. Król nie dysponował ani władzą, ani wystarczającym wojskiem, ani pieniędzmi. Niedola szlachty kresowej części Polski była obojętna szlachcie z dalszych zachodnich stron. Nie myślano ani nie działano wspólnie i przewidująco.

Rok 1619 upłynął dość spokojnie. Wojna perska zakończyła się klęska turecką pod Seraw jeszcze we wrześniu 1618 roku.

11.6. Przygotowania Turcji do wojny z Polską.

Pod koniec 1619 roku rozpoczęto w Turcji przygotowania do wojny z Polską. Młody sułtan Osman II okazał się chciwy, skąpy, niezbyt samodzielny decyzyjnie. Roił wielkie plany zdobywcze. Przyjął imię słynnego zdobywcy Osmana I. Brakowało mu umiejętności wynikających z wiedzy i doświadczenia. Jego ambicje znacznie przekraczały jego kompetencje. Nie słuchał doświadczonych doradców dywanu, zwolenników pokoju z Polską. Stanowisko wielkiego wezyra podstępem i przekupstwem zdobył Alipasza, zwany Pięknym lub Grzecznym. Był zręcznym i przebiegłym. Znał naturę sułtana. Potrafił się mu przypodobać podarkami i poddawaniem awanturniczych planów.

Powiał nowy duch w dywanie. Zaczęto rozważać o zbrojeniu przeciwko Polsce i Kozakom.

Sułtan postanowił sam stanąć na czele wyprawy.

Sytuacja na Węgrzech, w Austrii i Czechach zdawała się zagrzewać Osmana do awantury. Czechy dały hasło do wojny trzydziestoletniej. Świat katolicki i protestancki stanął do krwawej i bezwzględnej walki z sobą. Protestanckie Czechy wspierał Siedmiogród z jego władcą Betlem Gaborem podległym Porcie. Gabor zdobył północne Włochy i stanął pod Wiedniem. Turcja znalazła się pod Wiedniem. Wiele lat przed Janem III Sobieskim.

Chrześcijanie w zajadłej walce między sobą ubiegali się o przychylność muzułmanów, co schlebiało sułtanowi.

Protestanci przy pomocy półksiężyca zamierzali zniszczyć krzyż papieski.

Władza ponad religią!!!

Czyżby świtała nadzieja udziału Porty w rozbiorze katolickiej Europy?

Pokonanie katolickiej Polski to może stopień do tej przyszłej tureckiej sławy?

Polacy nie przeczuwając przyszłej odsieczy wiedeńskiej króla Jana III, zadali Turcji pierwszy cios pod Wiedniem. Interweniowali na wezwanie cesarza.

Krytyczne było położenie nowego cesarza oblężonego pod Wiedniem.

Zaciężna kawaleria polska w postaci Lisowczyków wypadła z Polski na Węgry i zadała klęskę Rakoczemu, jednemu z wodzów Gabora (13.11.1619). Gabor natychmiast odstąpił od oblężenia Wiednia.

Lisowczycy to ludzie bitni lecz tzw. „swawolni”. Ściągnął ich z Polski i ich usługę opłacił węgierski magnat Jerzy de Homonay, zwolennik katolickiego cesarza Austrii.

Lisowczycy nie reprezentowali oficjalnie króla polskiego, zostali jednak zwerbowani za jego cichym pozwoleniem. Polska nie wystąpiła więc oficjalnie przeciwko Turcji.

Inaczej, kłamliwie, opisał to Gabor z Węgier w liście do sułtana. Gabor uskarżał się na króla polskiego, uznając wtargnięcie Lisowczyków na Węgry jako napad Polski per mare et terra na „kraje sułtana”, w porozumieniu z cesarzem Austrii i Hiszpanią, w celu tępienia religii mahometańskiej.

To kłamstwo podsyciło gniew sułtana Osmana II do Polski i przyspieszyło przygotowania wojenne.

11.7. Turcja w wojnie z Rzeczypospolitą Obojga Narodów (Cecora, Chocim)

Bitwy pod Cecorą i pod Chocimem opisane są w literaturze szkolnej. Zajmiemy się więc tylko wybranymi szczegółami, także krytycznym stosunkiem dawnych historyków do słabości ówczesnej wielkiej Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Klęska pod Cecorą

Pod Cecorą Żółkiewski liczył na powiększenie siły polskiej i rycerstwa międzynarodowego, które przyprowadził. Dołączyć miało wojsko Kozaków (ca 30.000) oraz Mołdawian (ca 25.000)

Kozacy nie otrzymali żołdu od Króla Polskiego (karną decyzją Żółkiewskiego za ich nieposłuszne ataki na Turków.) i nie dołączyli do wyprawy. Żółkiewski ruszył jednak dalej do Mołdawii. Wojsko mołdawskie, uznając jego siłę za niedostateczną, zaczęło pierzchać z obozu polskiego. Niewielu zostało siłą zatrzymanych do pomocy wojskom polskim (tylko kilkuset zamiast 25.000).

18 września 1620 r. o wschodzie słońca ukazali się Turcy i Tatarzy. Byli trzykrotnie liczniejsi od Polaków. Dowodził Skinderbasza. Bitwa nie była pomyślna dla Polaków, ale nie odbierała nadziej. Klęskę ponieśli Polacy w drugim dniu. W nocy z dnia 20 września nastąpiła ucieczka Mołdawian bojących się okrutnej zemsty Turków. Towarzyszył temu chaos i grabieże.

Wojsko polskie zamknęło się w ruchomy tabór, który ruszył w dniu 23 września do odwrotu. Przez wiele dni broniono się skutecznie odpierając liczne ataki tureckie i przesuwając się w kierunku granicy. Tuż przy granicy, przed przeprawą przez Dniestr, dwie mile przed Mohylowem, w nocy z 6 na 7 października, powtórzył się popłoch i ucieczka. Wyrwali się z taboru pachołki bojący się kary za kradzieże podczas zamieszania, chaosu i ucieczki Mołdawian w dniu 20 października. Polscy panowie nieostrożnie zapowiedzieli kary po dotarciu do polskiej ziemi, tj. po przekroczeniu Dniestru. Winni uciekali z taboru, aby uniknąć kary.

Z chaosu i nocy skorzystali Turcy i Tatarzy dokonując skutecznego napadu na obóz. Tylko około 1000 żołnierzy polskich uszło śmierci i niewoli.

Podobnej klęski wojennej od niepamiętnych czasów Rzeczypospolita nie doznała.

Hetman i kanclerz koronny Żółkiewski został zabity.

Hetman polny Koniecpolski oraz wielu innych dostało się do niewoli.

Polskie wojsko obronne zostało zniesione.

Kraj pozostał otwarty na napady dziczy tatarskiej. Nastąpiło olbrzymie spustoszenie.

Przerażenie ogarnęło cały kraj.

Wiedziano, że wojsko Skinderpaszy to tylko przednia straż olbrzymiej armii tureckiej.

Dalsza wojna była nieunikniona.

Szlachta się obudziła i wreszcie zaczęła uchwalać podatki.

Zwycięstwo pod Chocimem

Nie daliśmy się pokonać pod Chocimem. Dowodził Chodkiewicz. Skonał nie w walce, lecz zmożony chorobą przed końcem zmagań. Turcy odstąpili od oblegania polskiego obozu zawierając rozejm po wielokrotnych negocjacjach. Walki trwały od 2 września do 9 października 1621 r.

W bitwie po stronie polskiej udział wzięło około 65.000 żołnierzy,

(nie licząc służby obozowej i pachołków) w tym:

  • husarów 8.000,

  • rajterów czyli arkabuzerów przeszło 2.000,

  • kozackich regularnych chorągwi około 8.000

  • Lisowczyków od 1.200 do 1.400,

a więc jazdy około 19.000,

  • piechoty polskiej 8.500,

  • piechoty niemieckiej 6.000,

  • kozaków zaporożskich około 30.000.

Piechoty było przeszło dwa razy więcej niż jazdy, co ocenia się jako stosunek prawidłowy w warunkach raczej walki w obronie uzbrojonego obozu, z wypadami w pole.

Siły tureckie były około trzykrotnie silniejsze.

Razem obóz turecki liczył około 300.000 ludzi, lecz do boju przeznaczonych było:

  • wojska tureckiego 150.000,

  • Tatarów około 60.000.

Wojsko tureckie to raczej konnica. Piechoty było niewiele, bo około 30.000.